Okulista w Angoli 06.02.25-21.02.2025 r.

Wiele lat temu złożyłem w Fundacji Redemptoris Missio CV, deklarując chęć wyjazdu na misję do Afryki. Dostałem wówczas propozycję misji do Republiki Środkowej Afryki. Ponieważ trwała tam wojna bałem się i nie zdecydowałem się na wyjazd.

Na początku stycznia 2025 dostałem maila od Dagny Sarzyńskiej z RM z zapytaniem czy nadal jestem zainteresowany wyjazdem na misję. Okazało się, że szukają okulisty, który przeprowadziłby badania kwalifikacyjne pod kątem zaćmy, przed planowanym wyjazdem chirurgów. Pomysł wydał mi się szalony, zwłaszcza, że termin był na początek lutego na 2 tygodnie. Po namyśle zdecydowałem: jak nie teraz, to nigdy. Jadę !!! Zaczął się szalony czas. Trzeba było zaplanować pracę, wykonać szczepienia i przygotować się logistycznie do wyjazdu. Udało się i 6 lutego wyleciałem do Luandy przez Berlin i Frankfurt.

1-szy dzień w Afryce:

Lot z Frankfurtu do Luandy trwał 8,5 godziny. Mimo moich obaw wszystko przebiegło nadzwyczaj sprawnie i 7 lutego wylądowałem w Luandzie. Przywitał mnie ks. Edward Sito. Misjonarz, który od ponad 20 lat przebywa w Angoli. Ks. Edward miał być moim przewodnikiem i opiekunem w nieznanym kraju. Pojechaliśmy do Parafii pw. Chrystusa Króla w Luandzie. Był to pierwszy przystanek w mojej afrykańskiej przygodzie. Tam odpocząłem, posiliłem się, poznałem miejscową „załogę” a także sprawdziłem lampę szczelinową, którą przywiozłem w bagażu, a która miała być moim podstawowym narzędziem pracy.

2-gi dzień misji:

W towarzystwie polskich sióstr misjonarek: Basi, Marii i Sylwestry pojechałem zwiedzać. Wszystko co zobaczyłem było dla mnie fascynujące. Samo miasto Luanda, krajobrazy, ludzie na ulicach i tutejsza roślinność. Zobaczyłem tzw.: „księżycowy krajobraz miradouro da lua”. To miejsce oddalone kilkadziesiąt kilometrów od Luandy, gdzie Atlantyk cofnął się, odsłaniając wyrzeźbione skały. Widok zapierał dech w piersiach…

3-ci dzień misji:

No zaczyna się. Ks. Edward spakował samochód i wyjechaliśmy w naszą podróż. W planie mieliśmy przemierzyć całą Angolę w poprzek z Luandy do miejscowości Dundo na północnym wschodzie. Trasa liczyła ok. 1300 km. Po drodze mieliśmy zatrzymywać się w ośrodkach misyjnych, gdzie umówieni pacjenci czekali na badania. Pierwszy etap ok. 400 km zakończył się wieczorem. Dojechaliśmy do Caculamy. Jest to ośrodek misyjny w przeszłości prowadzony przez ks. Edwarda. Po drodze zobaczyłem jedną z największych atrakcji Angoli – wodospady Calandula. Na miejscu pierwsze zaskoczenie. Brak prądu, bieżącej wody, o internet nawet nie wypadało pytać. Szkoła przetrwania. Na szczęście był agregat, więc na 3 godziny włączono prąd. Mogłem uzupełnić zapas prądu w telefonie i power banku. Spędziłem też pierwszą noc pod moskitierą. Komarów na szczęście nie było, ale repelent odstraszający komary lał się obficie.

4-ty dzień misji:

Dziś pierwszy dzień pracy. Po śniadaniu wyruszyliśmy do Malanje. To miasto położone ok. 20 km od naszej bazy. Przygotowaliśmy stanowisko pracy, przebadałem ok. 70 pacjentów, z tego ok. 20 zakwalifikowałem do zabiegu. Dzięki mojemu asystentowi i tłumaczowi (ks. Edward) wszystko przebiegło sprawnie. Powiem szczerze, byłem zaskoczony dobrą organizacją. Zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do Caculamy.

5-ty dzień misji:

Plan był taki. Po śniadaniu ok. 8 wyjeżdżamy w trasę, znowu 400 km. Zabieramy 300 kg fasoli dla potrzebujących. Im dalej od stolicy, tym sytuacja gorsza. Plan planem, a życie sobie. Najpierw okazało się, że mamy wyciek oleju. Ks. Edward – „człowiek orkiestra” wszedł pod samochód, odkręcił i przeczyścił filtr i wszystko działa. Ale to dopiero początek naszych kłopotów. W jednym kole mało powietrza. Trzeba było znaleźć wulkanizatora, którego zakład wyposażony jest w agregat prądotwórczy (w Caculamie nie ma prądu z sieci). Uf, udało się. O godzinie 10 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po ok. 1 km wystrzeliła nam opona. Wulkanizator za mocno napompował koło. Wymian na zapas i znowu 2 godziny w plecy. Ok 12 wyruszyliśmy dalej z nadzieją, że limit pecha został wyczerpany. Ok 17 dotarliśmy do Cacolo. To misja prowadzona przez Polaka ks. Krzysztofa (ponad 30 lat w Angoli). Tam już od kilku godzin (byliśmy spóźnieni) czekali na nas pacjenci. Po krótkim posiłku i przygotowaniu „gabinetu” zaczęliśmy pracę. Tym razem asystował mi ks. Krzysztof. Przebadaliśmy ok. 60 pacjentów. Ok. godziny 20 skończyliśmy i po kolacji padłem na swoje łóżko. Nie pamiętam jak i kiedy zasnąłem. Zapamiętałem tylko smak świeżych ananasów do kolacji. Chyba tak soczystych jeszcze nie jadłem. Aha, fasola dowieziona i przekazana.

6-ty dzień misji:

Rano podróż 180 km, na szczęście bez wczorajszych przygód. Dotarliśmy do Saurimo na 11, badania, potem obiad, potem znowu badania i skończyliśmy ok. 15. Nie przepracowałem się, było ok. 40 osób. Zerwała się burza tropikalna i zmoczeni dotarliśmy na miejsce dzisiejszego odpoczynku. Okazało się, że śpimy w siedzibie biskupa. A ja dostałem chyba jego pokój. Jest więc jakby luksusowo, choć nie ma prądu (mam nadzieję, że tymczasowo). A deszcz ☔️ nadal leje. Woda płynie ulicami. Ale my jesteśmy bezpieczni. Tylko walizki w samochodzie czekają na koniec burzy.

7-my dzień misji:

Rano, po śniadaniu pojechaliśmy do ośrodka dla dzieci prowadzonego przez znajomą ks. Edwarda, polską zakonnicę, siostrę Elżbietę. Stworzyła go od podstaw. Zwróciłem uwagę na czystość i porządek. To rzeczy, które w Angoli nie są oczywiste… Obejrzałem i posłuchałem śpiewu dzieci, dostałem pamiątkową laurkę. Potem wypiliśmy kawę (tzn. my, nie dzieci) i ruszyliśmy w drogę do Dundo (trasa ok 400 km). Od wczoraj ciągle pada. Ks. Edward mówi, że stracimy zasięg internetowy. Będę się odzywał w miarę możliwości. Z ciekawostek widziałem (niestety z daleka) kopalnię diamentów. Angola jest jednym z większych, o ile nie największym producentem diamentów w świecie .Po drodze spotykaliśmy coraz większą biedę, domy z gliny i bambusa, kobiety sprzedające owoce i wodę na poboczu drogi. Dramat. Widziałem też na żywo kopce termitów i rosnące w naturze drzewa bambusowe. Dziś też jadłem przysmak angolski, orzeszki ziemne, ale o dziwo ugotowane. Wieczorem dotarliśmy do Dundo.

8-my dzień misji:

Ośrodek misyjny w Dundo to miejsce domowe ks. Edwarda. Jest tu (a w zasadzie był, ponieważ właśnie awansował na sekretarza Nuncjatury w Luandzie – gratulacje) szefem. No i mija 8 dzień. Było pracowicie. Co prawda z zapowiadanych 100 zgłosiło się około tylko 80 pacjentów, ale i tak było co robić. Potem obiad i chwila odpoczynku. Po południu razem z księdzem Edwardem ruszyliśmy zwiedzać Dundo. Obejrzałam elektrownię wodną zasilającą miasto. Odwiedziłem też domy dla dziewcząt i chłopców, którymi administruje ks. Edward. Jadąc ulicami miasta z przygnębieniem patrzyłem na powszechną biedę. I jak by tego było mało to jeszcze Iga przegrała mecz. Chyba zdajecie sobie sprawę jaki ogarnął mnie nastrój. Ale dosyć biadolenia. Jutro ruszamy w drogę powrotną. Mamy jeszcze zatrzymać się u ks. Krzysztofa w Cacolo. A potem już do Luandy, gdzie czeka mnie ostatni, ale za to 3 dniowy etap. Pozdrawiam wszystkich. Wasz tymczasowy misjonarz.

9-ty dzień misji:

W zasadzie nic ciekawego. Mieliśmy rano wyjechać z Dundo do Cacolo. Ks. Edward postanowił jeszcze wymienić opony na nowe w naszym land cruiser (pamiętacie nasze przygody z oponą). A w całym mieście nie było prądu. Musiał znaleźć zakład wyposażony w generator. Tak więc dopiero o 13 wyjechaliśmy. Ale za to mogłem sobie odpocząć. Droga przepiękna, wśród sawanny. Dojechaliśmy po zachodzie słońca. Zdjęcie zrobione. Pozdrawiam wszystkich. Wasz tymczasowy misjonarz 😊

10-ty dzień misji:

Niedziela zaczęła się mszą odprawioną przez ks. Krzysztofa. Pomijając aspekt religijny (mówili po portugalsku, więc nic nie zrozumiałem) było to niesamowite przeżycie. Śpiewy z bogatą choreografią. Ks. Krzysztof przedstawił mnie, opowiedział po co i skąd przyjechałem. Musiałem wstać i pokazać się. Poczułem się jak gwiazda TV. Potem obiad i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Znowu niesamowite widoki i przejechane ok 400 km . Wieczorem dotarliśmy do Cacuolo. Kolacja z misjonarzami i sen.

11-ty dzień misji:

Był to chyba najtrudniejszy dzień mojej misji. Zaczęło się typowo. Śniadanie z misjonarzami, potem badania dodatkowych pacjentów w Malanje i około południa dostaliśmy informację z Fundacji, że jeden z chirurgów nie może przyjechać. Zaraz potem padła propozycja, żebym ja został dłużej. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw musiałem zrobić coś, czego nienawidzę tzn. odmówiłem. Próbowałem jeszcze poszukać kogoś, kto zdecydowałby się na przyjazd do Angoli w trybie awaryjnym, wysłałem 10 wiadomości, niestety nie dostałem żadnej odpowiedzi. Szczerze mówiąc wcale mnie to nie zdziwiło. Gdybym dostał sms z angolskiego numeru (mam angolską kartę SIM) to uznałbym to zapewne za oszustwo. Tak czy siak po zakończeniu badań wyruszyliśmy w drogę powrotną do Luandy (400 km). Za namową ks. Edwarda zboczyliśmy trochę z drogi, żeby obejrzeć Pedras Negras (czyli czarne skały). Jest to niezwykłe i zachwycające miejsce. Nagle na sawannie wyrastają wysokie góry . Jest to chyba najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w Angoli. Po tych doznaniach estetycznych kontynuowaliśmy podróż. Wszystko przebiegało dobrze do 18.30 kiedy zapadł zmrok. Wówczas zaczął się horror na drodze. Nie wiem czy można nazwać drogą to, po czym przyszło nam jechać. Dziura na dziurze, niektóre o głębokości nawet 30-40 cm i szerokości 1 m. A do tego piesi idący po obu stronach drogi w kompletnym chaosie, niewidoczni (o odblaskach tu chyba nikt nie słyszał). Jakby tego było mało to samochody z przeciwka albo oślepiały długimi światłami, albo wręcz przeciwnie jechały bez świateł. Istny armagedon. Tylko wielkim umiejętnościom ks. Edwarda mogę zawdzięczać to, że dojechaliśmy cali i zdrowi do naszego miejsca docelowego czyli Kifandongo pod Luandą. Jest to ośrodek misyjny, który będzie naszym domem przez kilka najbliższych dni, do końca mojego pobytu. Tam też będą odbywały się zabiegi operacyjne.

12-ty dzień misji:

Dziś było spokojnie. Ale po ostatnich przeżyciach taki dzień był mi potrzebny. Rano badania, potem obiad i krótki odpoczynek. Wilgotność taka, że po 4 godzinach pracy koszulę można wykręcać. Po południu znowu badania, w sumie około 70 osób. Tym razem moimi asystentkami była poznana w pierwszym dniu siostra Maria oraz Ana, brazylijska lekarka będąca na stażu w tutejszej misji. Skończyłem o 17 i z przyjemnością poszedłem odpocząć.

13-ty dzień misji:

Powoli pobyt dobiega końca. Dziś był ostatni dzień mojej pracy. Podobnie jak wczoraj przyjąłem ok. 70 pacjentów. Przypomniały mi się czasy, kiedy pracowałem na NFZ. Podobne ilości. Nadszedł czas podsumowań. Jak policzył ks. Edward przez ostatni tydzień wykonałem 417 konsultacji. 156 pacjentów zakwalifikowałem do operacji zaćmy. Jutro przylatuje z Polski ekipa operująca. Mam nadzieję, że będą zadowoleni z efektów mojej pracy. W każdym razie starałem się zrobić jak najlepiej. Poziom zmęczenia 3, poziom satysfakcji 10 (w 10-stopniowej skali ). Obrigado (to dziękuję po portugalsku). Po powrocie idę na kurs portugalskiego.

14-ty dzień misji:

Minął 14 dzień misji. Dziś nie było już pracy. Rano z ks. Edwardem pojechaliśmy po drugą część ekipy. Nie mieli tyle szczęścia co ja. Najpierw okazało się, że zaginęła część bagażu, potem zostali poddani szczegółowej kontroli. Całość trwała ok. 4 godz. O 13 wróciliśmy na misję. Był czas na posiłek i odpoczynek. Po obiedzie wykonaliśmy rekonesans przychodni pod kątem przygotowania do zabiegów. Wieczorem zaś zjedliśmy kolację powitalno-pożegnalną w miłej atmosferze.

15-ty dzień misji:

No to koniec misji. Dzisiaj wieczorem wylatuję do domu. Nadszedł czas podziękowań i podsumowań. Był to niezwykły czas w moim życiu. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, przemierzając setki kilometrów Angoli (ponad 2500 km). Widziałem wiele rzeczy o których jeszcze miesiąc temu nie miałem pojęcia. Angola urzekła mnie pięknem przyrody , krajobrazami i otwartością ludzi. O ile pozwoli zdrowie i inne okoliczności będę chciał tu wrócić. Zdaję sobie sprawę, że nie naprawię świata, ale mogę dołożyć swoją cegiełkę, żeby był trochę lepszy, a ludzie mniej cierpieli. I w końcu podziękowania. Przede wszystkim dla ks. Edwarda, mojego opiekuna i przewodnika po Afryce. Każdego dnia czerpałem z Jego wiedzy i doświadczenia. Dziękuję mojej Żonie za wsparcie i wyrozumiałość w podjęciu tej wariackiej decyzji. Dziękuję Dagnie i Justynie, że umożliwiły mi tę przygodę. Ekipie operatorów życzę powodzenia i siły w tym pięknym wysiłku. Nie będę już Was zanudzał swoimi relacjami. Do zobaczenia w Polsce. Pozdrawiam!

Wasz tymczasowy misjonarz, Krzysztof Łukasiewicz