Ginekolog i Położna w Kenii 28.11.2025-24.01.2026

Świadectwo z misji – perspektywa położnej

Praca w małym ośrodku zdrowia zmienia sposób patrzenia nie tylko na medycynę, ale na życie w ogóle. Dopiero tam naprawdę zobaczyłam, w jakich warunkach żyją ludzie, którzy codziennie przychodzili po pomoc – kobiety w ciąży, matki, dzieci.

Domy, w których mieszkają, to często lepianki albo prowizoryczne konstrukcje z desek, o powierzchni trzech – czterech metrów kwadratowych. Jedno pomieszczenie dla całej rodziny. Bez podłogi, bez izolacji, bez prywatności. Ludzie mają po jedną, czasem dwie koszulki na zmianę. Nie dlatego, że nie chcą więcej – dlatego, że ich na to nie stać.

Uderzała mnie ogromna wdzięczność za rzeczy, które dla nas nie mają żadnej wartości. Kilogram mąki, worek kukurydzy, garść fasoli – to była pomoc, za którą dziękowano z autentycznym wzruszeniem. Widziałam twarze pełne uśmiechu, mimo biedy, mimo braku podstawowych warunków do życia. To był uśmiech ludzi, którzy nauczyli się żyć z tym, co mają, choć mają bardzo niewiele.

Brak wody i prądu jest codziennością. Prąd bywa tylko chwilami albo nie ma go wcale. Woda jest reglamentowana. Każdy myje się w niewielkiej misce z odrobiną wody – starannie, oszczędnie, bez marnowania ani kropli. To wystarcza na wszystko: na umycie ciała, twarzy, czasem naczyń. Dla wielu kobiet to jedyna możliwość zachowania podstawowej higieny.

Jedzenie jest monotonne. Każdego dnia kukurydza i fasola. Rzadko coś więcej. Dieta jest uboga w białko i tłuszcze, co szczególnie widać u kobiet w ciąży, matek karmiących i dzieci. Niedobory są normą. Ludzie nie piją wystarczającej ilości wody – nie dlatego, że nie wiedzą aby ją pić, ale dlatego, że jej po prostu brakuje. Skutkiem są częste infekcje dróg moczowych, przewlekłe dolegliwości, z którymi żyje się latami.

Paradoksalnie, paliwo kosztuje tam tyle, co w Polsce. Każdy litr to ogromny wydatek. Transport do szpitala referencyjnego bywa więc nie tylko problemem logistycznym, ale i finansowym – często nie do przeskoczenia.

Dzieci muszą mieć pieniądze, żeby chodzić do szkoły. Nic nie jest darmowe. Państwo niczego nie dotuje. Nie ma bezpłatnej edukacji, nie ma bezpłatnej opieki zdrowotnej. Jeśli nie opłaca się ubezpieczenia – nie ma się prawa do leczenia. Za wszystko się płaci: wizytę, badanie, poród, szkołę. Dla wielu rodzin to bariera nie do pokonania.

I w tym wszystkim – kobiety przychodzące rodzić. Spokojne, silne, ufne. Porody naturalne, prowadzone metodą wyczekiwania, bez medykalizacji, często w warunkach, które z europejskiej perspektywy wydają się niemożliwe. A jednak – porody te były pełne godności. Czułam, że w tej prostocie jest coś bardzo pierwotnego i prawdziwego.

Podczas badań przesiewowych diagnozowaliśmy problemy z płodnością i kilka przypadków raka szyjki macicy. Te kobiety nie miały wcześniej dostępu do profilaktyki. Żadnej. Dla wielu z nich to było pierwsze badanie w życiu. Widzieć ich reakcje – strach, niedowierzanie, czasem łzy – to coś, czego nie da się zapomnieć.

Camp medyczny, w którym wzięło udział około 250 osób, był obrazem skali potrzeb. Podstawowe badania: glukoza, mocz, waga, wzrost, badanie ginekologiczne, USG. Rzeczy elementarne. A jednak dla tej społeczności – wyjątkowe.

A gdy kończyła się praca medyczna, nie było „wolnego czasu” w naszym rozumieniu. Szyłyśmy pościel dla sierocińca, malowałyśmy huśtawki, robiłyśmy czapki na drutach dla dzieci. Bo trudno jest odpoczywać, kiedy widzi się tak wiele braków. To nie była heroiczność. To była ludzka reakcja.

Wyjeżdżając, czułam wdzięczność, ale i ogromny ciężar. Wiedziałam, że jednorazowa pomoc to kropla w morzu. Ten ośrodek potrzebuje stałych badań, sprzętu, szkoleń personelu. Dzieci potrzebują opieki, jedzenia, zdrowia. Kobiety potrzebują profilaktyki, zanim choroba zabierze im życie.

Ta misja przypomniała mi, że medycyna zaczyna się tam, gdzie kończą się systemy. Że bycie położną to nie zawód – to obecność. I że tam, gdzie jest najmniej, każdy gest znaczy najwięcej.

I wiem, że tam trzeba wracać.

Justyna Biedrowska-Derlatka