Dziewiąta wyprawa okulistyczna w ramach Akcji „Oczy Afryki” dobiegła końca.

Początki naszych działań były niezwykle trudne. Nie dysponowaliśmy odpowiednim sprzętem ani środkami finansowymi na wyjazdy, brakowało też osób gotowych wyruszyć w najdziksze rejony świata, aby nieść realną pomoc. Z biegiem lat sytuacja ta zaczęła się jednak stopniowo zmieniać.

Na miejscu do okulistów z Polski zgłaszają się pacjenci w różnym wieku, cierpiący na rozmaite schorzenia narządu wzroku. Dla większości z nich wizyta u okulisty jest jedyną szansą w życiu na badanie przez specjalistę. W krajach takich jak Republika Środkowoafrykańska osoby z problemami ze wzrokiem często udają się do szamana. Wielokrotnie widziałam dzieci oślepione przez znachorów, którzy nacinali im rogówkę, by „wypędzić złe moce”. Podczas zeszłorocznego pobytu spotykaliśmy pacjentów, którym do worka spojówkowego wlewano żrący wywar z kory rośliny zwanej „jorokodro”. Naszymi pacjentami były również dzieci niewidome z powodu jaskry — choroby, której rozwój można zahamować odpowiednimi lekami. Niestety, dla ich rodziców były one nieosiągalne finansowo. W całym, pięciomilionowym kraju pracuje zaledwie kilku okulistów, a wizyty u nich są bardzo kosztowne.

Zaćma dotyka najczęściej osoby starsze, choć zdarza się, że chorują na nią także ludzie w wieku 30–40 lat. W większości krajów Afryki nie funkcjonują systemy rent i emerytur, dlatego osoby starsze są zdane na pomoc rodziny i pracę własnych rąk. Nasi pacjenci to najczęściej ubodzy rolnicy żyjący w wioskach, utrzymujący się przez całe życie z uprawy niewielkiego skrawka ziemi, wykonywanej ręcznie w afrykańskim upale. Gdy z powodu zaćmy tracą wzrok, przestają być samodzielni — często nie opuszczają nawet własnych chat. Jeśli wychodzą, zawsze w towarzystwie dziecka z rodziny.

Po raz pierwszy zobaczyłam taką sytuację w 2015 roku w Kamerunie. Około sześćdziesięcioletnia kobieta siedziała w zadymionej chacie, a pięcioletnia dziewczynka myła ją i opiekowała się nią. Towarzysząca mi misjonarka wyjaśniła, że kobieta jest niewidoma z powodu zaćmy, a jej jedynym zadaniem jest pilnowanie ogniska. Dziewczynka została przeznaczona przez rodzinę do opieki nad babcią i z tego powodu nigdy nie pójdzie do szkoły. Choć w Europie zaćmę operuje się od dziesięcioleci, w niektórych rejonach Afryki nikt nawet nie słyszał o takich zabiegach. Przez trzy lata nie mogłam zapomnieć o losie tej babci i wnuczki. Gdy tylko znaleźli się ludzie, którzy uwierzyli, że zmiana jest możliwa, doszło do pierwszego wyjazdu w 2018 roku.

Tym razem, wraz z lekarzami — w niezmiennym od ośmiu lat składzie: Izabelą Rybakowską, Ryszardem Szymaniakiem i Maciejem Matuszyńskim — po raz trzeci pracowaliśmy w szpitalu w Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej. Do tej pory realizowaliśmy misje w Kamerunie, Republice Środkowoafrykańskiej, Tanzanii i Angoli.

Cały sprzęt oraz wszystkie niezbędne do operacji leki zabraliśmy z Polski — łącznie 17 skrzyń. Niewygody podróży, upał i natrętne tropikalne owady rekompensują nam później uśmiechy i podziękowania pacjentów. Świadomość, że dzięki naszej pracy ktoś odzyskuje wzrok, jest nieporównywalna z niczym innym.

Byliśmy tam, aby pomóc tym, którzy po utracie wzroku nigdy nie marzyli, że jeszcze zobaczą swoje wnuki i najbliższych. Wyprawa miała pierwotnie wyruszyć na Madagaskar, jednak z powodu zamieszek w tym kraju w ostatniej chwili zmieniliśmy destynację.

Nasi lekarze mogli liczyć na wsparcie polskich misjonarzy, którzy z radością przyjęli wiadomość o naszym przylocie. Operacje odbywały się w misyjnym szpitalu w Bouar. Republika Środkowoafrykańska to kraj dwukrotnie większy od Polski, zamieszkiwany przez zaledwie 5,5 miliona ludzi. Jest jednym z trzech najbiedniejszych państw świata — trzy czwarte jego populacji żyje poniżej granicy ubóstwa. Większość krajów, w tym Polska, odradza podróże do RCA, a światowe media i organizacje pomocowe określają ją jako jeden z największych kryzysów humanitarnych współczesnego świata. To miejsce, o którym świat zapomniał.

Lekarze skonsultowali ponad 1000 osób i wykonali 63 operacje usunięcia zaćmy. Wieść o oferowanej pomocy rozeszła się błyskawicznie — informowało o niej także lokalne radio Siriri. Codziennie pod szpitalem czekały setki pacjentów. Każdy, kto cierpiał z powodu chorób oczu, chciał zostać przebadany. Mimo że był to nasz dziewiąty wyjazd, nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak wielu chorych. Pacjenci przybywali z najdalszych zakątków kraju. Jeden z nich przeszedł pieszo 157 kilometrów, by uzyskać pomoc w złagodzeniu bólu oka.

Nasza podróż trwała 58 godzin, a jej ostatnim etapem było 10 godzin jazdy po dziurawej afrykańskiej drodze. Dla niemal wszystkich pacjentów był to pierwszy w życiu kontakt z okulistą, co często wiązało się ze stresem i niepewnością. Szpital polowy w Bouar, we współpracy z biskupem Mirosławem Gucwą, został zorganizowany przy wsparciu sił pokojowych ONZ — tzw. błękitnych hełmów stacjonujących w Republice Środkowoafrykańskiej.

Operowane zaćmy były w skrajnie zaawansowanym stadium — bardzo twarde i wyjątkowo trudne. Zabiegi trwały często dwa–trzy razy dłużej niż w Polsce, gdzie takich przypadków praktycznie się już nie spotyka. Pacjenci zazwyczaj nie mówili po francusku, dlatego na sali operacyjnej musiał być obecny tłumacz — najczęściej członek rodziny, posługujący się francuskim i językiem sango.

Podczas konsultacji spotykaliśmy się z niezwykle trudnymi przypadkami, w których nasza pomoc mogła ograniczyć się jedynie do uśmierzenia bólu. Leczyliśmy m.in. kobietę, której kobra strzyknęła jadem do oka, oraz mężczyznę uderzonego belką z chaty zawalonej podczas pory deszczowej. Zdarzały się również sytuacje, gdy konieczne było usuwanie z rogówki larw owadów.

Lekarze pracowali po wiele godzin dziennie. Nie wszystkich pacjentów udało się zoperować — niektórzy dotarli do nas zbyt późno, nie mając już nawet poczucia światła. Pomoc, jaką niesiemy, to nie tylko operacje, ale także badania okulistyczne, na które mieszkańcy tych krajów nie mają żadnych szans. Przywieźliśmy również okulary, które lekarze dobierali pacjentom z wadami wzroku.

 

Dla nas najważniejszym momentem każdego dnia było poranne zdejmowanie opatrunków po operacjach. Choć my wróciliśmy już do kraju, z każdym dniem wzrok naszych pacjentów nadal się poprawia.